Całe życie NPK...
poniedziałek, 03 września 2012

Ostatnio wzięło nie trochę na starocie. Pograłem w gierki na PSP, pobawiłem się w „UFO  3: Apocalypse” i przejrzałem kilka innych tytułów bliskich mojemu sercu – co ciekawsze z nich z pewnością powspominam tutaj. Moją głowę zaprzątnął jednak „Syndicate” produkcji Bull Frog z 1992 roku. Dowiedziałem się, że grę można pykać na PSP, więc zakupiłem na Allegro odpowiedni krążek. Jednak okazało się, że ta wersja to marna imitacja gry, w którą grałem nawet na Amidze 500. Czy prędzej przeszukałem swoje źródła i namierzyłem oryginalny „Syndicate”. Po instalacji na moją twarz zawitał uśmiech, bo gra wyglądała i się prowadziła nawet lepiej niż to sobie wspominałem.

„Syndicate” to gra strategiczna z podziałem na część gospodarczą i część zadaniową. W części gospodarczej rozporządzamy naszymi zasobami – agentami i ich uzbrojeniem, podatkami w podległych nam rewirach a także nauką. Część misji to po prostu walka z elementami wykonywana zadań (czasami nawet skomplikowanych).

Misje mają w zasadzie pewien standard, można albo zabić cel albo go perswadować albo zniszczyć pojazd lub grupę wrogich agentów albo też ukraść sprzęt bądź pojazd. Oferta dosyć mała, ale ubrana w świetne opisy, które nie śmierdzą powtarzalnością. Do dyspozycji mamy 4 agentów, którzy w danym mieście będą wykonywać nasze polecenia. Chłopaki wyglądają schludnie: maski na twarzach, berety w kolorze naszego syndykatu oraz płaszcze do ziemi... pod którymi trzymają cały arsenał, jaki im przydzielimy. Broni nie ma za wiele, ale frajdy jest bez liku. Moje ulubione zabaweczki to: miotacz ognia i laser – oba zapewniają całkowite spopielenie przeciwnika i wybuch pojazdu (niemal natychmiastowy). Akcję widzimy z góry z pewnego kąta, ma to swoje minusy bo czasami budynki zasłaniają nam drogę i korytarze. Ale wtedy korzystamy z precyzyjnego skanera podczas wytyczania drogi przejazdu/przemarszu. Walka jest bardzo osobliwa, kiedy przeciwnik lub przeciwnicy podchodzą pod linię strzału wtedy kropimy ich ze wszystkiego co mamy. Trzeba wziąć poprawkę na to, że ich bronie mogą mieć większy zasięg niż nasze. Dlatego trzeba być elastycznym i dopasowywać się do warunków. W ekwipunku możemy mieć 8 przedmiotów. Najlepiej zabrać 4 maszynówki, perswadotron, miotacz ognia, snajperka i pas. Oczywiście jest to wersja ostateczna uzbrojenia agenta. Czasami mam na stanie jeszcze wyrzutnie pocisków Gaussa zamiast snajperek.

Świat „Syndicate” podzielony jest na terytoria, każde z nich to misja, a jest ich ponad 50. Każdemu obszarowi można ustawiać wysokość podatków, z reguły pułap 30% nikogo nie gryzie. Ciekawy jest poziom nauki, gdzie decydujemy na jaką gałąź wydamy nasze pieniądze. Można inwestować w uzbrojenie agentów lub ich mechaniczne części ciała. Wymyślenie to oczywiście nie koniec, bo te rzeczy potem trzeba kupić i zamontować. Ale finanse i naukę można lekko oszukać – otóż zostawiamy włączoną grę, w które czas postępuje. Forsa się zbiera i potem robimy super szybkie badania w kilka dni (kilka minut). Taka tam mała luczka w systemie.

Przy grze się można nieźle pobawić, ale czasami (w szczególności po opracowaniu już wszystkich przepisów) zaczyna nudzić. Ekipa jest napakowana i kosi wszystko jak chce i poza Akceleratorem Atlantyckim nie ma konkretnych wyzwań. To jednak nie przeszkadza w spędzeniu kilku miłych godzin na prowadzeniu syndykatu zbrodni w świecie przyszłości.



22:18, denestor , Gry
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lipca 2012

Jeszcze przed lekturą książki „Uczta dla wron”, będącej czwartą częścią sagi „Pieśń Lodu i Ognia” George'a R. R. Martina, słyszałem na jej temat wiele nieprzychylnych opinii. Wręcz deklaracji, że jest to najsłabsza książka w serii i pierwsza z tych dwóch gorszych. Z nastawieniem nieco bojaźliwym przystąpiłem do czytania, bo nie chciałem by legenda umarła na moich oczach. Ważny jest fakt, że w „Uczcie dla wron” dodano kilku nowych bohaterów (z Żelaznych Wysp i z Dorne), natomiast pominięto wątki: Muru, Stannisa i Daenrys, by bardziej skupić się na wydarzeniach z Królewskiej Przystani i dorzecza Tridentu.

Po zawierusze jaką wywołało zakończenie „Nawałnicy mieczy” trudno było dojść do siebie. Ale trupy jeszcze nie ostygły a tytułowe wrony w ludzkich skórach zleciały się próbowały wydziobać dla siebie jak najwięcej. Pierwsza część „Uczty dla wron” zowie się „Cienie śmierci” i w fantastyczny sposób oddaje klimat tej książki. Te pierwsze 500 stron powieści to przede wszystkim sprzątanie po sytuacji, jakie wywołały zgony bohaterów poprzedniego tomu, by zrekompensować brak stałych bywalców. Na początku było to trochę przeszkadzające, bo brakowało mi przygód Davosa, Tyriona i Jona. Ale Westeros to nie tylko kilka krain i warto było zajrzeć w miejsca, gdzie jeszcze się nie gościło. I tutaj pojawia się właśnie Dorne i Żelazne Wyspy a potem kilka innych regionów. Martin próbował w ten sposób połatać nieco luki kadrowe jakie zostały po „Nawałnicy mieczy”, ale zostawił sobie nieco więcej miejsca do nowego rozwijania, a przy okazji ukazał piątą stronę wojny pięciu królów. Tym bardziej, że rody Martellów i Greyjoyów mają jeszcze wiele do zrobienia w „Pieśni Lodu i Ognia”, a ich udział nie skończy się na „Uczcie dla wron”.

Akcja książki jest nieco ospała, mi bardzo przypomina „Grę o tron”, gdzie właśnie te zakulisowe rozgrywki i utarczki były najważniejsze. Wtedy jednak skończyło się konfliktem zbrojnym, a tutaj nikt nie dysponuje na tyle dużą potęgą, by tak po prostu wzniecić nowy bunt czy pokonać Lannisterów i ich sojuszników. To nie udało się Młodemu Wilkowi i Stannisowi, więc dlaczego mniejsze siły w Westeros miałyby uderzać w samo serce Żelaznego Tronu? Od tego są przecież spiski, by podkopać pozycję lidera, zmylić go i dopaść w najsłabszym momencie. Gra o tron toczy się cały czas, a kto będzie nieuważny może sam stać się ofiarą swoich knowań.

W „Uczcie dla wron” brakuje nam otwartych działań wojennych, bo ta jest po prostu wygaszana punktowo, ale nie brakuje nam przygód. Tej części wielu przykleja łatkę zupełnie niepotrzebnej, bo z pewnego punktu widzenia mało wnosi. Ale trzeba pamiętać, że żywot rycerzy to przede wszystkim przygody: poszukiwania i polowania. Dla mnie były to bardzo miłe fragmenty, które uświadomiły mi jak ważny jest element podróży grupki ludzi poszukujących sprawiedliwości.

Druga część tomu to „Sieć spisków” i nie jest to nazwa przypadkowa, ale dobrze dobrana. W tej książce spiski zataczają koło i pętla na szyi ofiar zaciska się. Atmosfera gęstnieje a widmo kolejnego starcia staje się nieuchronne. Ostatnie 300 stron powieści trzyma człowieka w niezłym napięciu, a kolejne rozdziały przyprawiają o mroczny uśmiech. Prym wioda tutaj bliźniaki Lannisterów: Jaimie i Cersei, których rozdziały są wręcz genialne. Pokazują jak bardzo ci ludzie są do siebie podobni i zarazem różni. Najbardziej szkoda dziewczynek Starków, którzy są jakby na dostawkę, bo ani nie ma ich dużo ani nic konkretnego nie czynia. One po prostu są.

„Uczcie dla wron” to książka bardzo spokojna, ale mająca bardzo fajne momenty – w szczególności ostatnie rozdziały. Patrząc na całość serii, to może rzeczywiście jest to najsłabszy tom, ale przy tak wygórowanym poziomie całości, jest to poziom i tak przyćmiewający wiele innych popularnych tytułów. A koneserzy na pewno znajdą wiele interesujących fragmentów dla siebie.



niedziela, 08 lipca 2012

Chyba nikogo tym nagłówkiem nie zawodzę zbytnio, ale smutna prawda jest taka, że przy obecnej sytuacji rodzinnej nie mam czasu na dużo - tym bardziej na pisanie dla samego pisania. Myślałem, że ograniczenie się do pisania tylko o lidze wystarczy, ale niestety tak to nie wygląda. Wygospodarowanie czasami godziny tygodniowo jest trudne, dlatego sorry, ale rodzina i Bastion bardziej mnie potrzebują. Fajnie było popisać na bieżąco i liznąć nieco innego dziennikarstwa. Może w przyszłości przyniesie to profity. Nauka w końcu nigdy nie idzie w las.

12:55, denestor
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2012

Do meczu z Polonią w Bydgoszczy Unia podchodziła z dużymi nadziejami i planami. Ewentualne zwycięstwo dawało nam 3 punkty w tabeli i utrzymanie 3 punktowej przewagi nad Unibaxem. W dodatku zaliczka z Leszna była dosyć spora (12 punktów), więc w razie niepowodzenia dwóch zawodników mogło utrzymać wynik, żeby zespół mógł zgarnąć bonusa. Pole startowe było więc bardzo dobre.

Początek meczu zapowiadał sukces Unii. Najpierw juniorzy wygrali podwójnie bieg pierwszy, a w wyścigu trzecim para Baliński-Batchelor przywiozła do mety 5 punktów. Katastrofą natomiast skończył się 4 bieg, gdzie Jurica Pavlic i Piotrek Pawlicki przyjechali za plecami Woźniaka i Kościechy. Bydgoszczanie zadali nam mocny cios w drugiej serii startów poprzez dwa zwycięskie biegi w stosunku 5-1 i remis. Od tej pory Unia musiała ciągle gonić i bronić się przed utratą przewagi w dwumeczu dającej bonus. Skórę Byków ratował Damian Baliński i Przemek Pawlicki, którzy notorycznie stawiali się bydgoszczanom by ostatecznie w biegu 15-stym przywieźć remis i zdobyć jeden punkt do tabeli. Zawody były mało ciekawe, bo nie dało się za bardzo wyprzedzać. Poza kilkoma szarżami na torze nie działo się za wiele poza pierwszym łukiem. Uniści regularnie przegrywali starty i mieli problem z obieraniem dobrych ścieżek na pierwszym wirażu. Jednak doświadczenie Damiana Balińskiego i dobra postawa juniorów w pierwszej części spotkania dała nam 40 punktów i zaliczenie planu minimum na ten mecz.

Przemysław Pawlicki poza dwoma startami zaliczył dobre zawody. Odegrał decydującą rolę w kluczowych biegach nr 11 i 12. Był jasnym punktem drużyny w tym meczu. Podobno jechał z pękniętym barkiem, który powodował dosyć duże bóle przeszkadzające w jeździe. Nigdzie jednak nie znalazłem oficjalnego potwierdzenia tego faktu. Oby z Piotrkiem było wszystko w porządku.

Kamil Adamczewski miał wielkiego pecha, w piątym wyścigu dnia podniosło mu motocykl na pierwszym łuku i uległ on kolizji z Tomaszem Gapińskim. Kamila odwiozła karetka do szpitala, miał on wstrząs mózgu. Na szczęście niegroźny.

Troy’owi Batchelorowi sił starczyło tylko na dwa biegi. Pojechał nieźle punktowo, ale w słabym stylu, dlatego trener Roman Jankowski stawiał na młodzież w kolejnych startach.

Damian Baliński uratował nam skórę w tym meczu. Wygrał 3 biegi, z czego dwa razy dowoził partnera na drugiej pozycji, dzięki czemu Unia zdobywała przewagę lub odrabiała straty a ostatecznie wygrał najważniejszy bieg dnia. Bally uniósł ciężar kapitana drużyny za co mu bardzo dziękuję!

Jurica Pavlic zawiódł na całej linii. Jechał w trzech biegach z czego zdołał wyprzedzić tylko raz. O ile Jura w Lesznie radzi sobie wyśmienicie, o tyle poza Smoczykiem jest przeciętny a czasami nawet tragiczny. Dużo pracy jeszcze przed tym chłopakiem, grunt że chce być z Unia na dobre i na złe.

Tobiasz Musielak odczuwał jeszcze skutki zeszłotygodniowego dzwona. Jednak to nie przeszkodziło mu odjechać całkiem dobry mecz. Tylko w jednym biegu z jego udziałem Unia straciła punkty. Mimo tego że Toffek czuł niedosyt, to jak na juniora swoje z nawiązką zrobił.

Piotr Pawlicki znowu jedzie w kratkę. Na 5 biegów miał 2 przyzwoite, reszta niestety kiepska. Nie mógł się zgrać z Pavlicem i głownie te biegi były dla nas bardzo bolesne.

Unia zgarnęła pierwszy bonus i choć daje on nam niezbyt wiele, to nadal przedłuża szanse na PO i dodatkowo eliminuje w pewnym sensie Bydgoszcz z tej rywalizacji. Unia jest mocno poobijana, jedzie bez lidera i ma luki na wyjazdach. Te fakty mogą przesądzić o wejściu do czwórki, ale nie należy się poddawać i trzeba walczyć do końca. A kolejna bitwa, bardzo bardzo ważna bitwa, już w niedzielę w Toruniu, gdzie Unia zmierzy się z miejscowym Unibaxem. W Piernikowie każdy wynik poza porażką będzie sukcesem, oby naszym się udało. Ja jestem z nimi do końca!

Unia Leszno - 40
1. Przemysław Pawlicki - 11+1 (2,1,3,2*,3,0)
2. Kamil Adamczewski - 0 (0,w,-,-)
3. Troy Batcholer - 3+2 (2*,0,1*,-)
4. Damian Baliński - 12 (3,1,2,3,0,3)
5. Jurica Pavlić - 2+1 (1,1*,0,-)
6. Tobiasz Musielak - 5+1 (2*,2,0,1,0)
7. Piotr Pawlicki - 7 (3,0,1,1,2)

Polonia Bydgoszcz - 50:
9. Emil Sajfutdinow - 12+2 (3,3,3,2*,1*)
10. Danił Iwanow - 1 (1,0,-,-)
11. Tomasz Gapiński - 4 (1,-,3,0)
12. Krzysztof Buczkowski - 10+1 (0,3,2*,3,2)
13. Robert Kościecha - 10+2 (2*,2*,2,1,3)
14. Mikołaj Curyło - 6 (0,3,0,2,1)
15. Szymon Woźniak - 7+2 (1,3,2*,1*,0)

Bieg po biegu:
1. Pi. Pawlicki, Musielak, Woźniak, Curyło 1:5
2. Sajfutdinow, Prz. Pawlicki, Iwanow, Adamczewski 4:2 (5:7)
3. Baliński, Batcholer, Gapiński, Buczkowski 1:5 (6:12)
4. Woźniak, Kościecha, Pavlić, Pi. Pawlicki 5:1 (11:13)
5. Buczkowski, Woźniak, Prze. Pawlicki, Adamczewski (w/su) 5:1 (16:14)
6. Curyło, Kościecha, Baliński, Batcholer 5:1 (21:15)
7. Sajfutdnow, Musielak, Pavlić, Iwanow 3:3 (24:18)
8. Prz. Pawlicki, Kościecha, Woźniak, Musielak 3:3 (27:21)
9. Sajfutdinow, Baliński, Batcholer, Curyło 3:3 (30:24)
10. Gapiński, Buczkowski, Pi. Pawlicki, Pavlić 5:1 (35:25)
11. Baliński, Prze. Pawlicki, Kościecha, Woźniak 1:5 (36:30)
12. Prz. Pawlicki, Curyło, Musielak, Gapiński 2:4 (38:34)
13. Buczkowski, Sajfutdinow. Pi. Pawlicki, Baliński 5:1 (43:35)
14. Kościecha, Pi. Pawlicki, Curyło, Musielak 4:2 (47:37)
15. Baliński, Buczkowski, Sajfutdinow, Prz. Pawlicki 3:3 (50:40)

Sędzia: Marek Wojaczek
NCD uzyskał w biegu siódmym Emil Sajfutdinow - 60,16
Widzów: ok. 5.000
Startowano według II zestawu



wtorek, 26 czerwca 2012

Oglądanie drugiego sezonu „Spartacusa”, któremu nadano podtytuł „Vengeance” (zemsta) było dziwnym przeżyciem. Z uwagi na śmierć Andy’ego Whitfielda w tytułową rolę musiał wcielić się inny aktor, na castingach najlepiej prezentował się Liam McIntyre i to jemu przyznano rolę w „Vengeance”. Trudno przerzucić się z uwielbieniem na zupełnie inną osobę, kiedy Andy był mistrzem swojej roli.

Najtrudniejszy był pierwszy odcinek, w którym nie tylko trzeba było przyzwyczaić się do nowego Spartacusa, ale także do zmienionej konwencji serialu. Ze studyjnego projektu wyrosło nieco bardziej rozwinięte widowisko. Znacznie ograniczono epickość pojedynków na rzecz szybkiej efektownej rzeźni. I tak jak w pierwszy sezonie męczył widok sztucznej krwi, tak teraz może mierzić nadmiar kombosów i przebijania szyi. Ale to wszystko ma swój urok, bo ilość ciosów znacznie się powiększyła. Dobre starcia mamy w zasadzie w każdym odcinku, a wytrawny obserwator zauważy co rusz nowe uderzenia mieczem. W serialu pojawiają się także inne bronie niż klasyczne białe oręża.

Mimo że w „Vengeance” nie ma już areny w Kapui jako sceny najważniejszych wydarzeń, to też dzieje się na niej wiele w jednym odcinku. A gladiatorów w większości zastąpiły nam zbiry ze wszystkich rzymskich prowincji – najwięcej uwagi przyciąga Egipcjanin, który służy pod dowództwem Ashura. Te wszystkie szumowiny, które widzimy w serialu są niczym dzikie bestie, nie liczące się z niczym i wykonujące bez mrugnięcia okiem najokrutniejsze rozkazy. Istne antagonizmy zła, którym wtórują rzymscy żołnierze. Postacie to przecież mocna strona „Spartacusa”, który czasami wydaje się jedynym sprawiedliwym wśród reszty. Jak zawsze Rzymanie stanęli na wysokości zadania, a że w tym sezonie było ich więcej niż poprzednio, to sieć spisków sięgnęła zenitu. W wielu momentach człowiek przeżywał szok, choć nie ukrywam, że serial był nieco bardziej przewidywalny niż „Blood and Sand” – znamy już po prostu sposób myślenia scenarzystów, ale mimo tego nadal mają jakieś sztuczki w zanadrzu. W szczególności na uwagę zasługują machinacje kobiet: Lukresji, Ilithji i nowo wprowadzonej Sephi, która pragnie stać się lwicą salonów podobnie jak jej starsze „koleżanki”. W Kapui silną pozycję ma też brat Sephii – Seppius, który po krwawej imprezie Spartacusa stał się poważanym obywatelem Kapui, mającym spory majątek. Nie zabrakło też rodowitych Rzymian: Glabera i jego największego rywala Waryniusza. W to wszystko wmieszał się Ashur, który próbuje uczknąć z całego tortu kawałek dla siebie.

Tymczasem po drugiej stronie barykady w obozie rebeliantów panują zupełnie inne nastroje. Tutaj nikt nie knuje, nikt nie próbuje przejąć dowodzenia. Każdy raczej szuka nowego celu w życiu i swojego prawdziwego ja, które nigdy nie mogło zostać dopuszczone do głosu pod obcasem Rzymu. I to jest właśnie bardzo pozytywne w tym serialu, że każdy ma swoje własne rozterki i wraz z upływem akcji staje się zupełnie innym człowiekiem – albo bardziej zepsutym albo bardziej ludzkim.

Sezon kończy się tak jak przewidziałem (znając fakty historyczne), zresztą jest to zaledwie preludium do całego powstania i wielkich bitew jakie zapewne będą w kolejnej serii. Liam McIntyre spisał się i wykonał swoje zadanie jak należy. Godnie zastąpił Andy’ego Whitfielda i przedłużył życie „Spartacusa”. „Vengeance” jednak nie do każdego trafiła, choć ja osobiście oglądałem odcinki jeden za drugim... z dłuższą przerwą po pierwszym odcinku, który mnie na 100% do nowego Spartacusa nie przekonał. Ale zaufajcie mi, warto się przełamać bo historia jaką serwuje nam stacja Starz jest naprawdę warta uwagi i wielka.

Nowy sezon „Spartacusa” już w styczniu. Nie ujawniono jeszcze czy będzie to ostatnia seria, czy nakręcą potem coś jeszcze. Dla mnie „Spartacus” jest rewelacyjnym serialem, ze świetną fabułą, genialnymi zwrotami akcji i nieprzewidywalnymi bohaterami oraz brutalnymi scenami walki, które odzwierciedlają okrucieństwo tamtych czasów. Idealna mieszanka serialu historycznego godnego polecenia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9